Usytuowana na skraju mokradeł księgarnia była malutka. Szare ściany z gontu stanowiły zapis lat słonej pogody. Pachniało w niej wodą morską i wydaniami w miękkiej oprawie, espresso i wiciokrzewem.Podobnie jak trzy inne księgarnie, które odwiedziliśmy, ta miała półkę dedykowaną aktualnym bestsellerom. Ale w przeciwieństwie do pozostałych trzech, ta miała kilka egzemplarzy książki z pierwszego miejsca. …
Usytuowana na skraju mokradeł księgarnia była malutka. Szare ściany z gontu stanowiły zapis lat słonej pogody. Pachniało w niej wodą morską i wydaniami w miękkiej oprawie, espresso i wiciokrzewem.
Podobnie jak trzy inne księgarnie, które odwiedziliśmy, ta miała półkę dedykowaną aktualnym bestsellerom. Ale w przeciwieństwie do pozostałych trzech, ta miała kilka egzemplarzy książki z pierwszego miejsca. Atramentowo-niebieskie pismo nabazgrane na neonowo-pomarańczowej karteczce samoprzylepnej przytwierdzonej do okładki głosiło: „JUŻ JEST!!!!!!”
Nie kupiłam jej wtedy, lecz sprawdziłam dostępność w lokalnej bibliotece. „Gratulacje!” – głosiło powiadomienie. „Rezerwacja przyjęta. Jesteś 138. w kolejce. Szacowany czas oczekiwania: dziewięć miesięcy”.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam o książce, wokół której robiono by tyle szumu. Zastanawiałam się, co okazało się tak intrygujące, szczególnie dla mojego pokolenia (Gen Z), że wystrzeliła na szczyt listy bestsellerów zaledwie kilka tygodni po kwietniowej premierze.
Wtedy poznałam Natalie Heller Mills: „Nieskazitelną chrześcijankę. Amerykańską ’manic pixie dream girl’ najgłębszych, najmroczniejszych fantazji tego narodu. Matkę, którą każda kobieta chciała być, i żonę, do której każdy mężczyzna chciał wracać do domu… perfekcyjną w byciu żywą” (4).
Tak rzekła protagonistka debiutanckiej powieści Caro Claire Burke pt. Yesteryear.
Intrygująca koncepcja
Akcja toczy się w górach wiejskiego Idaho, na ranczu Yesteryear, które jest domem Natalie i Caleba Millsów oraz ich gromadki dzieci. Dni Natalie wypełnione są pieczeniem chleba na zakwasie, zbieraniem jajek z córkami, chichotaniem do męża i publikowaniem – zawsze publikowaniem – każdej minuty tego wszystkiego w internecie. Nosi organiczną bawełnę i chodzi po deskach z importowanego brazylijskiego drewna liściastego. Z łatwością zachodzi w ciąże. Modli się i cytuje sobie fragmenty Pisma Świętego.
Aby sfinansować ich prosty styl życia, Natalie jest mamą pozostającą w domu. Przynajmniej tak myślą jej miliony obserwujących na Instagramie. Przemilcza fakt, że jej farma zaczęła się od niewielkiej pożyczki w wysokości 5 milionów dolarów od teścia, głowy rosnącej dynastii politycznej. Ukrywa beczki pestycydów, wynajęte nianie i producentów wideo. Rozdaje umowy o zachowaniu poufności (NDA) i unika publicznych wywiadów. W ten sposób dba o pozory. A jej fani to chłoną.
Pewnego dnia jej idealne życie zalicza drastyczny spadek, gdy budzi się w roku 1855, w surowej rzeczywistości świata, który tak starannie kreowała. Początkowo myśli, że to numer w reality show. Może podróż w czasie. Albo, jak ostatecznie konkluduje, test od Boga.
Opowieść o dwóch pułapkach
Ta książka, ze swoimi przekleństwami i scenami o charakterze seksualnym, nie jest warta czasu poświęconego na przewracanie stron. Ale prawda jest taka, że kobiety wokół nas te strony przewracają. A ich postrzeganie chrześcijańskiej kobiecości jest kształtowane przez tę historię.
Założeniem książki jest zjadliwe, satyryczne spojrzenie na „influencerkę typu tradwife” oraz jej złe bliźniacze odbicie – pracującą kobietę wyciśniętą do cna kosztem rodziny i szczęścia. Aby przekazać te tezy, Burke daje nam niewiarygodną, niesympatyczną narratorkę, przedstawioną jako chrześcijańska żona i matka.
Tworząc Natalie, Burke chciała zbadać ten „fascynujący eksperyment społeczny, w którym wiele kobiet zmusza się i wygina, by dopasować się do stylu życia, który jest fundamentalnie nienaturalny, mimo że reklamuje się go jako fundamentalnie naturalny”. Yesteryear nie jest jedynym miejscem, w którym autorka analizuje ten „fundamentalnie naturalny” styl życia. Czy to w programie typu late-night, czy w swoim podcaście pt. Diabolical Lies, wymierza cios za ciosem w to, co rozumie jako chrześcijańskie małżeństwo i kobiecość.
Podczas swojego chrztu Natalie zastanawia się z konsternacją, czy Ktokolwiek tam w ogóle jest, czy Ktokolwiek przyjdzie ją uratować. W swoim macierzyństwie przepełniona jest poczuciem zagłady. Myśli o swoich dzieciach jako o złośliwych pożeraczach radości i czuje ogromną ulgę, gdy nianie zostają zatrudnione i „już nigdy nie musi być z nimi sama” (264). Kiedy jednak jest z nimi sama, myśli, że jej córka to wcielony Bóg (234). Jej małżeństwo oscyluje między zagubieniem w kwestii płci a przemocą fizyczną.
Lecz cała książka opiera się na jej wierze. W gęstych kursywach widzimy wewnętrzne procesy mózgu Natalie: szeptane modlitwy, cytowane Pismo. Niczym pęknięte lustro, całość wydaje się znajoma, dopóki nie przyjrzysz się bliżej i nie odkryjesz, że odbicie jest zniekształcone, a poszczególne kawałki postrzępione i ostre.
O co w tym chodzi?
Czytanie tej książki jako młoda chrześcijańska żona i matka przypomina nieco siedzenie w Szklanym kloszu Sylvii Plath lub tkwienie w wijącym się, spowitym smogiem korku z La La Land. Co kilka stron potrzebowałam zaczerpnąć powietrza. Natalie jest jakąś niejednoznaczną protestantką, a może mormonką (w stylu Ballerina Farm), może katoliczką, a może ortodoksyjną Żydówką. Kto wie? Nie wie tego czytelnik, a być może nawet sama autorka.
Burke nie rozumie też, w co tak naprawdę celuje. Nie tylko ja tak uważam; inna recenzentka opisuje to dzieło jako „błyskotliwe założenie przywdziewające skórę powieści”. Próba satyry jest widoczna w całym Yesteryear, ale dobra satyra wymaga wystarczającego rozeznania, by wiedzieć, z czego się kpi. Burke go nie posiada.
Uległość. To część tego, przeciwko czemu występuje. Patriarchat! Ogólne poczucie służebności, przekonanie, że kobieta zostaje w domu, nie ma wpływu na finanse ani realnego wkładu w rodzinę i kraj – Boże dopomóż. Feminizm i dowcip Burke toczą się jak brudna kulka śnieżna, pędząc z coraz większą prędkością ku końcowi fabuły. Doświadczenie Natalie z 1855 roku? Po dokonaniu napaści seksualnej na swoją producentkę, przechodzi załamanie nerwowe i wycofuje się w najdalsze zakątki swojej farmy, całkowicie tracąc kontakt z rzeczywistością. Ostatecznie Natalie zostaje aresztowana za znęcanie się nad dziećmi i tak książka kończy się z głuchym łoskotem.
Ważna krytyka
Ponieważ film jest w drodze – Amazon MGM Studios wykupiło prawa jeszcze przed premierą książki, a w roli Natalie ma wystąpić Anne Hathaway – chrześcijanie powinni być świadomi tego, co ta książka komunikuje, szczególnie mojemu pokoleniu.
Dorastaliśmy w świecie, w którym algorytmy przywierają do naszych zainteresowań i karmią nas treściami, aż będziemy nimi przejedzeni. Algorytm kusi marchewką: kup tę sukienkę, zastosuj tę 10-stopniową rutynę, a ty też będziesz mogła mieć szczęście uwiecznione w tym 30-sekundowym filmiku. Gen Z odczuwa nostalgię za życiem, którego nigdy nie prowadziło. W całym pokoleniu istnieje pragnienie, by czynić to, do czego napomina Paweł: prowadzić ciche życie i pracować własnymi rękami (1 Tes 4,11). Chcemy budować analogowe nawyki i odłożyć telefony, przestać obserwować influencerów – gdy już pozwolimy im nauczyć nas, jak to zrobić.
Trzeba oddać sprawiedliwość: Burke słusznie dostrzega, że ruch influencerek tradwife w mediach społecznościowych nie jest tak transparentny, jak twierdzi. Słusznie też identyfikuje, że alternatywa na drugim końcu spektrum nie jest lepsza: porzucenie rodziny, by pracować aż do śmierci.
Chybiony cel
Ale Burke również nas okłamuje, i robi to bezczelnie: bądź zamężną chrześcijańską matką, która aspiruje do budowania domu i podążania za Panem, a będziesz skazana na psychotyczne załamanie. Jest to zawarte domyślnie w książce i powiedziane wprost w jej wywiadzie dla NPR: „Myślę, że pisząc powieść, rozważałam poniekąd doprowadzenie pewnej teorii do jej ostatecznych wniosków… Przejdźmy tę drogę do samego końca i zobaczmy, co się stanie, gdy tam dotrzemy”.
W całym pokoleniu istnieje pragnienie, by czynić to, do czego napomina Paweł: prowadzić ciche życie i pracować własnymi rękami. Chcemy budować analogowe nawyki i odłożyć telefony, przestać obserwować influencerów – gdy już pozwolimy im nauczyć nas, jak to zrobić.
Byłoby to interesujące założenie i jeszcze ciekawsza lektura, gdyby miało jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości. Zamiast tego postacie Burke są karykaturami, a jej komentarz społeczny jest społecznie nieświadomy. Inny recenzent twierdzi, że jest „boleśnie oczywiste, że Burke nigdy nie weszła w żadną sensowną interakcję z typem osoby, którą zamierza parodiować”.
Burke wydaje się również niezdolna do podjęcia decyzji, czy kobiety skłaniają się ku tradycji, bo są hipokrytkami, czy dlatego, że naprawdę wierzą w to, co mówią. Czasami przedstawia Natalie jako szarlatankę, przy której mąż tańczy tak, jak ona mu zagra. Innym razem portretuje ją jako naiwną „prawdziwie wierzącą”, a przez to godną pogardy. W każdym przypadku mamy jej i wszystkiego, za czym stoi, nie lubić.
Gdyby Burke chciała wejść w sensowną interakcję z tymi, których chciała wyśmiać, wystarczyłoby, by odłożyła telefon i poszła do kościoła. To tam żyją i kochają prawdziwe chrześcijańskie żony i matki.
Jeśli Burke i kobiety z pokolenia Z są głodne obrazu innego rodzaju życia (a najwyraźniej są, skoro sprzedano już ponad pół miliona egzemplarzy Yesteryear), najprawdziwszy obraz otrzymałyby w każdy niedzielny poranek. Zamiast ławek wypełnionych ludźmi, którzy spędzają życie na doprowadzaniu swojego wizerunku online do perfekcji, Burke zobaczyłaby grzeszników potrzebujących Zbawiciela. A w ich pokucie i przebaczeniu, ona również zostałaby skierowana ku Niemu.






