Julie Lowe na studia magisterskie oraz licencję doradcy chrześcijańskiego w Biblical Theological Seminary zarobiła, pracując jako pracownik socjalny w systemie pieczy zastępczej.„Nienawidziłam tego systemu, ale była taka potrzeba” – wspomina. Potrzeba była tak wielka, że po ukończeniu studiów zgłosiła się jako opiekun wytchnieniowy. Zaczęła zajmować się dziećmi w niektóre wieczory i weekendy. Dwoje z dzieci, …
Julie Lowe na studia magisterskie oraz licencję doradcy chrześcijańskiego w Biblical Theological Seminary zarobiła, pracując jako pracownik socjalny w systemie pieczy zastępczej.
„Nienawidziłam tego systemu, ale była taka potrzeba” – wspomina. Potrzeba była tak wielka, że po ukończeniu studiów zgłosiła się jako opiekun wytchnieniowy. Zaczęła zajmować się dziećmi w niektóre wieczory i weekendy. Dwoje z dzieci, które regularnie gościła, to małe siostry.
„Miejsce pobytu miało zostać zmienione, więc zaczęłam się modlić o to, by zostać ich rodzicem zastępczym” – opowiada Julie. Kiedy tak się stało, zgodziła się na pełnowymiarową opiekę zastępczą.
Rok później dziewczynki stały się dostępne do adopcji. W międzyczasie Julie zaręczyła się z innym doradcą, Gregiem. Greg nawrócił się do Chrystusa w liceum i szybko rozwinął w sobie teologiczne przekonanie, że chce adoptować dzieci. Oboje byli więc zachwyceni, gdy około tygodnia przed ślubem otrzymali telefon, że mogą przystąpić do adopcji swoich pięknych, brązowookich dziewczynek.
„Sypały kwiatki na naszym ślubie” – mówi Julie. „Mogliśmy opowiedzieć o tym, jak Bóg jednoczy nas jako rodzinę – dając mi nowe nazwisko i dając im nowe nazwisko. Miały wtedy prawdopodobnie 3 i 4 lata. To była słodka, piękna historia”.
Przynajmniej tak się zaczęła. W ciągu następnych 20 lat Greg i Julie adoptowali jeszcze troje dzieci i przyjęli do rodziny zastępczej wiele innych.
„Stawaliśmy przed policjantami i detektywami, dzieci wymykały się z domu w nocy” – opowiada. „Byliśmy na ostrym dyżurze, musząc poddać dzieci przymusowej hospitalizacji psychiatrycznej. Musieliśmy przechodzić przez programy stacjonarne. Przeszliśmy przez cały wachlarz sytuacji, w których nasze dzieci kłamały na nasz temat i zmyślały zarzuty o znęcanie się. To sprawia, że ludzie pytają: »No cóż, dlaczego w ogóle miałbym kiedykolwiek adoptować lub zostać rodzicem zastępczym?«”.
No właśnie, dlaczego?
„W 12. rozdziale Listu do Rzymian wszyscy jesteśmy wezwani do bycia żywymi ofiarami” – mówi Julie. „Naprawdę, jestem wdzięczna za to cierpienie. Zawsze wzdrygam się, gdy to mówię. Ale poznałam fakty o charakterze Boga – głębię Jego łaski, miłosierdzia i współczucia – których inaczej nigdy bym nie poznała. To naprawdę dotyczy Jego, a nie mnie. Wierzę w to z całego serca i musiałam tym żyć w praktyce. I jestem za to tak bardzo wdzięczna”.
Jestem wdzięczna za cierpienie. Zawsze wzdrygam się, gdy to mówię. Ale poznałam fakty o charakterze Boga – głębię Jego łaski, miłosierdzia i współczucia – których inaczej nigdy bym nie poznała.
Właśnie dlatego Greg i Julie nie żałują swoich adopcji. I nie są jedyni. Choć takie nasilenie destrukcyjnych zachowań nie jest doświadczeniem każdego rodzica adopcyjnego, nie jest też rzadkością. Dzieci adoptowane lokalnie lub międzynarodowo, które wyglądają dokładnie jak ich rodzice lub w ogóle ich nie przypominają, które przychodzą jako niemowlęta lub nastolatki, które mają biologiczne rodzeństwo lub nie, mogą stanowić wyzwanie w wychowaniu.
Ale jeśli zapytasz Grega i Julie oraz innych rodziców adopcyjnych, czy adopcja była tego warta, prawie wszyscy odpowiedzą twierdząco. Chcą, aby ich historie krążyły w świecie – nie dlatego, że chcą zniechęcać do adopcji, ale dlatego, że uważają, iż rodzicom adopcyjnym w trudnych sytuacjach pomoże świadomość, że nie są sami.
„Nawet teraz mój mąż mówi: »Mamy dość. Nigdy więcej tego nie zrobimy«” – opowiada Julie. „A ja na to: »Nigdy nie mów nigdy«, bo wystarczy jedna naprawdę bolesna, samotna sytuacja i oboje stwierdzilibyśmy: »Dobrze, zróbmy to jeszcze raz«”.
Jay i Jill
Jill i Jay pobrali się młodo – ona miała 20 lat – i w ciągu kilku lat doczekali się czwórki własnych dzieci. Jay był pastorem, a Jill uwielbiała uczyć dzieci w domu.
„Nie myśleliśmy o adopcji – uważaliśmy, że skończyliśmy z powiększaniem rodziny” – mówi Jill, która miała 38 lat, gdy urodziła najmłodsze dziecko. „Ale w naszym kościele była rodzina, która o tym myślała”.
Ta rodzina zborowa ostatecznie adoptowała małego chłopca. Jego starszy brat również potrzebował domu.
„Powiedzieliśmy: »Cóż, co nas powstrzymuje?«” – opowiada Jill. „Usiedliśmy z naszymi dziećmi – dwoje było już poza domem, a dwoje w domu. Wyjaśniliśmy sytuację, a one wszystkie powiedziały: »Musicie to zrobić. Ten chłopiec, Jeremy, potrzebuje domu«”. (Jeremy to nie jest jego prawdziwe imię).
Mimo że ich nowy 10-latek fizycznie przypominał resztę rodziny, nie wpasował się bezproblemowo. Jay i Jill wiedzieli, że tak nie będzie – Jeremy w ciągu pięciu lat był w 10 domach zastępczych.
„Przechodzisz te wszystkie szkolenia dla rodzin zastępczych i adopcyjnych, a oni próbują cię ostrzec, jak trudne to będzie, ale nie masz o tym pojęcia” – mówi. „Szczerze mówiąc, nie wiem, czy chciałabym to wiedzieć wcześniej”.
Jeremy miał wybuchowy temperament. Uciekał ze szkoły lub wyskakiwał z jadącego samochodu i pędził przed siebie ulicą. Bywał agresywny i ranił ich – raz nawet przeciął kable telefoniczne, by nie mogli wezwać pomocy.
Najbardziej wpadał w złość, gdy proszono go o pomoc w pracach domowych.
„Pewnej soboty kazałam mu posprzątać pokój, a on odmówił” – wspomina Jill. „Ostrzegłam go, że zabiorę rzeczy, które nie zostaną odłożone na miejsce”.
Jeremy nic nie zrobił, więc Jill zaczęła wynosić jego rzeczy. Rozwścieczony Jeremy zadzwonił na policję i zgłosił, że jest maltretowany. Gdy policja przyjechała i oceniła sytuację, nakazała Jeremy’emu, by nigdy więcej tego nie robił.
„Były chwile, kiedy czuliśmy: Co ja u licha robię? To jest takie trudne, Boże, nie daję rady” – mówi Jill. „Ale wiedzieliśmy, że tego chce od nas Bóg i po prostu modliliśmy się, aby Jeremy w jakiś sposób ujrzał w nas Chrystusa”.
Były okresy wytchnienia – latem Jeremy jeździł na chrześcijańskie obozy. W ciągu roku szkolnego przebywał w szkole, podczas gdy Jill uczyła pozostałe dzieci w domu. („Próbowałam uczyć go w domu przez rok, ale to nie poszło dobrze” – przyznaje). Jill i Jay spędzali czas indywidualnie z każdym dzieckiem, budując relacje i zapewniając krótkie chwile odpoczynku od rodzinnego stresu. Jako rodzina, wspólnie i z przyjaciółmi, dużo się bawili i śmiali.
Po liceum Jeremy nie poszedł na studia ani nie podjął pracy. Mówił, że szuka, ale Jay i Jill wiedzieli, że tego nie robi. W końcu postawili mu ultimatum – znajdź jakąkolwiek pracę w ciągu najbliższych sześciu miesięcy albo będziesz musiał się wyprowadzić. Nawet nie spróbował, a po sześciu miesiącach Jill płakała, gdy pakowali go do samochodu.
Wiedziała, że nie ma dokąd pójść i rzeczywiście tak było. Przez ponad rok mieszkał na ulicy. Przez 10 lat tułał się po kanapach znajomych lub w mieszkaniach socjalnych, zanim poznał dziewczynę, ożenił się i zamieszkał z nią.
„Czuję, że Bóg postawił Jeremy’ego w naszym życiu nie tylko dla niego samego, ale by pracować w naszym życiu” – mówi Jill. „Są chwile, kiedy stajesz się gorzki. Kochałam go, bo powinnam go kochać, ale nie zawsze to czułam przez to, co nam zafundował. Pewnego dnia mój mąż powiedział do mnie: »Gorzkniejesz, widzę to. To jest grzech i musisz się z tym uporać«”.
Miał rację. Jill wyznała to Panu, przypominając sobie, że On adoptował ją, gdy była „brzydka”, i prosząc o pomoc w pokochaniu Jeremy’ego.
„Kiedy masz relację z Panem i wierzysz, że nic nie dzieje się przez przypadek, i starasz się żyć tak, by On miał kontrolę, to robi wielką różnicę” – dodaje.
Pomocny okazał się także kościół.
„Mieliśmy w zborze panią, która była matką zastępczą dla wielu dzieci, więc mi pomagała” – opowiada Jill. „I ludzie nie byli zszokowani, gdy Jeremy wybuchł. Nigdy nie powiedzieli: »Czy nie możecie sprawić, by wasze dziecko zachowywało się w kościele poprawnie?«. Bywały chwile, że wybiegał z kościoła i pędził ulicą, a niektórzy z nich biegli za nim. Spędzali z nim czas, okazywali miłość jemu i nam”.
„Jesteśmy z tobą, Jill” – mówili jej. „Robisz wielką rzecz. Wspieramy cię”.
Na niedawnym rodzinnym przyjęciu Jeremy płakał i mówił Jayowi i Jill, że ich kocha i bardzo się cieszy, że jest częścią ich rodziny.
„Nie wiem, dlaczego Bóg był dla nas tak łaskawy, ale jestem naprawdę wdzięczna” – mówi Jill. „Jeremy bardzo uzdrowiał emocjonalnie, my też”.
Dan i Pamela
Dan i Pamela pobrali się po ukończeniu przez nią studiów weterynaryjnych, a potem czekali kilka lat, zanim zaczęli starać się o dzieci. Ta droga była bolesna – poronienie, kolejne poronienie, syn o imieniu Andy, a potem trzy kolejne poronienia.
„Powiedzieliśmy: »Po prostu nie możemy już tego robić«” – mówi Pamela. „Nie chcieliśmy mieć jedynaka, ale też nie szukaliśmy aktywnie adopcji”.
Pewnej niedzieli w ich kościele przemawiał psycholog z pobliskiej agencji adopcyjnej. Po nabożeństwie Dan i Pamela zadali mu kilka pytań, a on dał im numer do agencji. Dziewięć miesięcy później trzymali w ramionach swojego tygodniowego syna, Izaaka.
„Wszyscy w kościele byli podekscytowani, ponieważ przeszli z nami część tej drogi” – mówi Pamela. „Ponieważ Izaak jest Afroamerykaninem, kiedy byliśmy w miejscach publicznych, pytano nas, czy jesteśmy dla niego rodziną zastępczą”.
Około dwa lata później zadzwoniła agencja adopcyjna: biologiczna mama Izaaka znów była w ciąży i pytała, czy Dan i Pamela adoptowaliby brata Izaaka, Caleba. Oczywiście zgodzili się.
„Powiedzieliśmy agencji, że skoro oboje pracujemy na pełny etat, nie będziemy w stanie zająć się dzieckiem ze specjalnymi potrzebami” – wspomina Pamela. „Bóg powiedział: »Owszem, dacie radę«”.
W drugiej klasie u Izaaka zdiagnozowano wysokofunkcjonujący autyzm. Pamela zabierała go na terapię, realizowała recepty i pisała do każdej prywatnej szkoły w hrabstwie, by znaleźć innych chłopców takich jak on, aby stworzyć grupę społeczną. Później u Caleba zdiagnozowano chorobę afektywną dwubiegunową typu I.
„Izaak i Caleb rzucali groźby, głównie pod moim adresem, ale czasem też pod adresem Pameli” – opowiada Dan. „Pewnego dnia Andy powiedział Izaakowi: »Jeśli kiedykolwiek dotkniesz mamę, dopadnę cię«. Izaak odpowiedział: »Dobrze, to ja zabiję cię przez sen«”.
Kilka dni później Andy powiedział rodzicom, że nie może spać. Każdy najmniejszy hałas sprawiał, że sztywniał ze strachu.
„Założyliśmy zamek w drzwiach Andy’ego, bo musiał czuć się na tyle bezpiecznie, by móc zasnąć” – mówi Dan. Zamontował zamek także w ich sypialni – wiedział, że to nie powstrzyma Caleba, ale przynajmniej dźwięk wyłamywanego zamka ich obudzi. Ukryli wszystko, co było ostrzejsze niż nóż do masła.
Ataki słowne stawały się coraz gorsze: „Nienawidzę was”. „Nienawidzę waszych rodziców za to, że was mieli”. „Nienawidzę Boga, któremu służycie”.
Kiedyś, gdy Caleb groził, że ich zabije, Dan i Pamela wezwali policję, która powiedziała Calebowi, by był wdzięczny za swój dom i rodziców.
Nie był. Miał problemy w szkole – uprawiał seks z nieletnią dziewczyną w sali muzycznej, wymykał się przez okno, gdy nauczyciel był odwrócony plecami, znikał na kilka dni, a potem dzwonił z innego miasta z prośbą o podwiezienie do domu. Gdy dorósł, raz po raz próbował popełnić samobójstwo – pistolet w ustach, stanie na moście, wieszanie się na kablu elektrycznym.
Ich rodzina zborowa bywała cudowna, ale czasem nie.
„Nie rozumieli – szczerze mówiąc, my sami nie rozumieliśmy chorób psychicznych, dopóki z nimi nie zamieszkaliśmy” – mówi Pamela. „Ale żona naszego pastora była dla nas bardzo dobra”.
Jednym z jej darów był śmiech. „Razem z nią i Danem szukaliśmy humoru w tych sytuacjach” – mówi Pamela. „Bóg się tym posłużył”.
Wierni
Dziś Izaak mieszka z dziewczyną i kontaktuje się z Danem i Pamelą mniej więcej raz w miesiącu. Regularnie esemesuje z Andym, który jest teraz chrześcijańskim mężem i ojcem pracującym dla Departamentu Sprawiedliwości w Minneapolis. Caleb ma troje dzieci z trzema różnymi kobietami. Żaden z adoptowanych synów nie jest wierzący.
„Przez całe lata wylaliśmy mnóstwo łez” – mówi Dan.
„Są chwile, kiedy zastanawiasz się: Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, czy chętnie bym poszła tą drogą?” – mówi Pamela. „Ale wiesz, nie jesteśmy powołani do tego, by wiedzieć. Jesteśmy powołani do bycia wiernymi tam, gdzie On nas stawia”.
Są chwile, kiedy zastanawiasz się: Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, czy chętnie bym poszła tą drogą? Ale wiesz, nie jesteśmy powołani do tego, by wiedzieć. Jesteśmy powołani do bycia wiernymi tam, gdzie On nas stawia.
Dan i Pamela aktywnie zajmują się wnukami (dziećmi Caleba), często zapewniając opiekę wytchnieniową ich matkom. Modlą się za dzieci, czytają im historie biblijne i zabierają je do kościoła.
„Uczymy się przez cierpienie” – mówi Pamela. „List do Rzymian mówi: »Uważam bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić« [Rzym. 8:18]. Czy jesteś posłuszny Bogu? Czy praktykujesz czystą pobożność? Zgadnij co – to boli. Raduj się z faktu, że jesteś posłuszny i idziesz za Bogiem. Ufaj Mu, że wszystkie te wersety są prawdą, nawet jeśli teraz tego nie widzisz”.
Dan wciąż wraca do Listu do Filipian 4:4–8.
„Radujcie się w Panu zawsze” – cytuje. „Nie radujesz się dlatego, że dzisiejsze życie jest łatwe. Radujesz się dlatego, że Bóg jest dobry. Jeśli naprawdę wierzysz, że Bóg jest suwerenny i kontroluje każdy krok twojego życia, to adopcja nie była błędem – była częścią Bożego planu dla twojego życia. On ostatecznie zaprowadzi nas bezpiecznie do domu”.
„Niczego bym w swoim życiu nie zmieniła – wszystko pochodziło z ręki Boga” – mówi Pamela. „Żałuję tylko, że nie reagowałam lepiej na to, co mi dawał… Potrzebowaliśmy tych chłopców w naszej rodzinie, ponieważ Bóg używa ich, abyśmy stajali się bardziej podobni do Jego Syna”.
John i Jane
John i Jane pobrali się, gdy Jane jeszcze kończyła studia pielęgniarskie i wkrótce zaczęli starać się o dziecko. (Wszystkie imiona w tej części zostały zmienione). Po półtora roku stanęli przed dwiema opcjami – terapią hormonalną lub wnioskiem do agencji adopcyjnej.
„Chcieliśmy obu rzeczy, więc to była tylko decyzja, co zrobić najpierw” – mówi John. „Zdecydowaliśmy się na adopcję, zamiast poświęcać mnóstwo czasu i pieniędzy na starania o biologiczne dziecko. To mogliśmy zrobić później”.
W wieku 24 lat Jane była zbyt młoda, by ubiegać się o adopcję międzynarodową, „która była wtedy chyba najbardziej popularna” – wspomina. „Ale system pieczy zastępczej mówił: »Tak, zapraszamy«”.
John i Jane poprosili o adopcję „dopasowaną”, co oznaczało, że ominą etap rodziny zastępczej i zostaną połączeni z dziećmi mającymi uregulowaną sytuację prawną. Sześć miesięcy później znaleźli swoje dzieci. Rodzeństwo – w wieku 7, 4 i 1 roku – miało wspólną matkę i dwóch biologicznych ojców, z których wszyscy zmagali się z uzależnieniem od alkoholu i metamfetaminy. Jeden z ojców zginął niedawno w wypadku motocyklowym, podczas gdy matka i drugi ojciec siedzieli w więzieniu za przejażdżkę skradzionym samochodem.
Ich dom był wcześniej dziewięciokrotnie kontrolowany przez opiekę społeczną, aż w końcu „zasadniczo zabrakło im rodziców” – mówi Jane. Ale mieli Johna i Jane, którzy są tak podobni do dzieci, że obcy ludzie nigdy nie zgadują, że są one adoptowane.
Przez pierwsze kilka tygodni dzieci były idealne.
„Musiałam przyzwyczaić się do karmienia, ubierania i kąpania trójki małych istot, ale ich zachowanie było bardzo dobre” – wspomina Jane. „Od razu zaczęli do nas mówić Mamo i Tato. Poszliśmy do kościoła w Niedzielę Wielkanocną, a ludzie byli pod wrażeniem tego, jak ciche, spokojne i posłuszne były te dzieci”.
Były one jednak pod silnym wpływem leków, a gdy John i Jane zaczęli współpracować z psychiatrą, by ograniczyć medykamenty i dowiedzieć się, czego dzieci naprawdę potrzebują, ich zachowanie się pogorszyło.
„Nasza 4-latka została opisana w dokumentacji pieczy zastępczej jako »koziołkowata«” – mówi John. To było trafne – wspinała się na wszystko i wyjadała resztki ze śmietnika.
Ich 7-letni syn, Andrew, był głęboko zaburzony i nie spał. Był blisko związany ze swoim ojcem – tym, który zginął. John i Jane zastanawiali się, czy nie potrzebuje on opieki stacjonarnej, ale kiedy zapytali swoją chrześcijańską agencję adopcyjną, usłyszeli, że jeśli wybiorą tę drogę, agencja zabierze również dziewczynki i nigdy więcej nie powierzy im żadnego dziecka.
Kościół nie był wielką pomocą. Gdy John i Jane zmagali się z budowaniem więzi emocjonalnej, przyjaciele i liderzy kościelni głośno zastanawiali się, czy wystarczająco kochają swoje dzieci. Pastorzy zastanawiali się nad tym tak bardzo, że zablokowali Johnowi, który został wybrany na diakona, możliwość objęcia urzędu.
„W końcu inna matka adopcyjna powiedziała mi, że w miłości nie chodzi o ciepłe, miłe uczucia, ale o wstawanie i robienie tego każdego dnia” – mówi Jane. „Ale minęło dużo czasu, zanim to usłyszeliśmy”.
Trzy miesiące po sfinalizowaniu adopcji Jane potajemnie wpisała w Google: „Nie lubię moich adoptowanych dzieci”.
„Nie wiedziałam, komu innemu mogłabym to powiedzieć” – mówi.
Zaburzenie i wybawienie
Wyszukiwanie Jane przyniosło termin „trauma więzi”, o którym usłyszała po raz pierwszy. Ona i John zaczynali odkrywać kolejne warstwy problemów swoich dzieci – po uporaniu się z lekami, więzią i traumą, przyszły trudności w nauce. Wreszcie u podstaw wszystkiego odkryli narażenie na alkohol i narkotyki w życiu płodowym.
Prenatalna ekspozycja na substancje psychoaktywne ma zróżnicowany wpływ na aspekty rozwojowe, takie jak samoregulacja emocjonalna, sen, IQ i umiejętności społeczne. Cała trójka ich dzieci była narażona na narkotyki i alkohol w życiu płodowym. Cała trójka bywała czasem tak agresywna, że ona i John musieli wzywać policję. I cała trójka spędziła miesiące w stacjonarnych ośrodkach terapeutycznych o profilu psychiatrycznym.
Radujcie się w Panu zawsze. Nie radujesz się dlatego, że dzisiejsze życie jest łatwe. Radujesz się dlatego, że Bóg jest dobry.
„Dzieci z płodowym zespołem alkoholowym (FASD) są etykietowane jako złe dzieci, ale one nie są złe” – mówi Jane. „Mają uszkodzenia mózgu, które się nie zagoją”.
Gdy Jane zaczęła to wszystko studiować, dowiedziała się czegoś jeszcze. Była w ciąży.
„Nie polecam posiadania pierwszego noworodka przy trójce innych dzieci w domu” – mówi. „To było niezwykle trudne. Ale było to również wspaniałe, piękne doświadczenie. Uruchomiło to »mięśnie przywiązania« u naszej starszej trójki”.
Kilka lat później te mięśnie wzmocniły się jeszcze bardziej, gdy Jane i John doczekali się kolejnego dziecka.
Pan zapewnił jednak więcej. Praca Johna w branży technologicznej pozwoliła im na dobre ubezpieczenie zdrowotne, kupno domu z wystarczającą liczbą sypialni, by wszyscy byli bezpieczni, i przeprowadzkę w pobliże dalszej rodziny.
W nowym kościele poproszono Johna i Jane o podzielenie się swoją historią w niedzielne popołudnie. Na spotkanie przyszło 80 osób.
„To był czas, kiedy wzywaliśmy policję, zmagaliśmy się z fizyczną agresją i próbowaliśmy chronić mniejsze dzieci” – wspomina Jane. „Mogliśmy po prostu napisać SMS-a do tej grupy, a nasz ogród zaraz wypełniał się ludźmi gotowymi do pomocy”.
Brak szczęśliwego zakończenia… na razie
FASD sprawia, że okres dojrzewania jest szczególnie trudny. Gdy każde z dzieci Johna i Jane weszło w wiek dojrzewania, wszelkie postępy w zachowaniu gwałtownie się załamały. Andrew nie ukończył szkoły średniej. Do dziś często się przeprowadza i zmaga się z uzależnieniem.
„Ich biologiczna mama pojawiła się znowu w ich życiu, gdy kończyli 18 lat” – mówi Jane. „Nadal głęboko zmaga się z uzależnieniem. Znów jest w więzieniu – była częścią federalnego aktu oskarżenia o międzynarodowy handel narkotykami. Wciągnęła oboje dzieci w system, w którym sama się znajduje… Wierzymy, że nasza najstarsza córka, Briana, jest w tej chwili ofiarą handlu ludźmi w celach seksualnych”.
Wprowadziła ją w to jej biologiczna matka.
Jane i John regularnie esemesują z Andrew, ale nie mają kontaktu z Brianą.
Claire zawsze była iskierką radości – słodka, lubiąca się przytulać, łatwa do kochania. Ale kiedy zaczęła dojrzewać, skutki prenatalnej ekspozycji na używki uczyniły ją agresywną i trudną. W wieku od 12 do 15 lat jej ataki fizyczne na rodziców stawały się z każdym dniem gorsze. John i Jane próbowali wszystkiego, w tym czterech hospitalizacji psychiatrycznych, trzech pobytów w ośrodkach stacjonarnych i wielokrotnych interwencji policji.
Jednak gdy Claire dorosła, zmieniono jej leki i usunięto migdałki, co pomogło w bezdechu sennym, jej stan się ustabilizował.
„Sytuacja z nią jest cudownie dobra” – mówi Jane. „To tak, jakbyśmy odzyskali naszą dziewczynkę. Wcześniej oblewała szkołę, nigdy nie oddawała prac. Teraz dostaje piątki i odwiedza uczelnie. Jako pierwsze dziecko w naszej rodzinie zdobyła prawo jazdy. Tego lata pracuje na chrześcijańskim obozie. Od ponad roku nie wykazuje agresji i jest dobrze związana z rodziną. Mimo to nadal będziemy mierzyć się z wyzwaniami trwającymi całe życie, a związanymi z jej obciążeniem płodowym”.
Choć John i Jane nigdy nie uważali adopcji za błąd, przez lata przechodzili „wiele zapasów z Bogiem” – mówi Jane. „Zderzyliśmy się z rozbiciem, którego nie mogliśmy naprawić, i dało mi to inną perspektywę na to, jak wiele rzeczy wymaga odnowienia. Adopcja przyniosła mi lepsze zrozumienie i tęsknotę za niebem”.
Ale nawet tu i teraz widzi Bożą opiekę.
„Pamiętam chwile, gdy modliłam się na głos: »Nie wiem, co zrobić dalej. Skończyły nam się opcje. Musisz nam wskazać drogę tak wyraźnie, byśmy jej nie przeoczyli«” – opowiada. „I za pomocą jakichś środków, jakiejś osoby, nowego zasobu czy placówki, On to robił”.
Dostrzegła odkupienie także w swojej pracy. Kilka lat temu wróciła do szkoły, by zostać pielęgniarką psychiatryczną (nurse practitioner).
„Wszystkie nasze doświadczenia ukształtowały moje szkolenie i cele” – mówi. „Miałam okazję do rzecznictwa, dzielenia się naszą historią i dawania nadziei wielu rodzinom”.
W zeszłym roku Jane otworzyła własną prywatną praktykę psychiatrii dziecięcej, w której większość miejsc rezerwuje dla osób korzystających z pomocy społecznej. Współpracuje również z organizacjami wspierającymi rodziny zastępcze i adopcyjne w swojej społeczności.
„Chcę, aby ludzie otrzymywali potrzebne informacje znacznie szybciej niż my, aby ich rodziny nie czuły się tak, jak czuła się nasza” – mówi. „Chcę, aby rodzice adopcyjni mieli bezpieczne miejsce, gdzie mogą przyjść i opowiedzieć mi o wszystkich szalonych rzeczach, a ja im odpowiem: »Wierzę wam«”.






