Opowieści o królu Arturze i jego dworze zajmują ważne miejsce w naszej kulturze. Filmy takie jak klasyczny Miecz w kamieniu Walta Disneya przedstawiają komiczną wersję arturiańskiego legendarium. Ta wersja opierała się oczywiście na nowoczesnej interpretacji T. H. White’a, a nie na klasycznej wersji Sir Thomasa Malory’ego. Legendy arturiańskie ukształtowały literaturę dziecięcą poprzez dzieła takie jak …
Opowieści o królu Arturze i jego dworze zajmują ważne miejsce w naszej kulturze. Filmy takie jak klasyczny Miecz w kamieniu Walta Disneya przedstawiają komiczną wersję arturiańskiego legendarium. Ta wersja opierała się oczywiście na nowoczesnej interpretacji T. H. White’a, a nie na klasycznej wersji Sir Thomasa Malory’ego.
Legendy arturiańskie ukształtowały literaturę dziecięcą poprzez dzieła takie jak cykl Ciemność rusza do boju Susan Cooper, Kroniki Prydain Lloyda Alexandra i oczywiście Opowieści z Narnii C. S. Lewisa. Istnieje tak wiele adaptacji tych historii, że czasem trudno odróżnić, co jest częścią starożytnej opowieści, a co zostało dodane przez współczesnych autorów.
Malcolm Guite pomaga współczesnym czytelnikom doświadczyć autentycznej wersji legend arturiańskich w nowoczesnym języku. Miałem okazję przeprowadzić z nim wywiad na temat pierwszego tomu w ramach większego projektu, który będzie obejmował cztery tomy.
Czym jest Galahad i Graal?
Galahad and the Grail to cykl ballad. Ten pierwszy tom podzielony jest na trzy księgi, a same ballady na strofy. Jest to retelling w silnie czarującej i urzekającej formie ballady. Otrzymujemy tu rodzaj inkantacyjnego rytmu, który opowiada historię pojawienia się Świętego Graala na dworze Camelot oraz poszukiwania Świętego Graala.
Jest tu mnóstwo przygód, ale staram się również przywrócić rodzaj chrześcijańskiej tajemnicy, która moim zdaniem leżała u podstaw oryginalnych średniowiecznych wersji tej historii. Kocham te opowieści od dziecka.
Staram się przywrócić rodzaj chrześcijańskiej tajemnicy, która moim zdaniem leżała u podstaw oryginalnych średniowiecznych wersji tej historii.
Jedną z potrzeb, z jakimi przychodzimy do tej historii w naszych czasach, jest pytanie o odczarowanie i ponowne oczarowanie świata. Charles Taylor słynnie powiedział, że jesteśmy uwięzieni w ramie immanentnej, że żyjemy w pewnego rodzaju odczarowanym świecie, a cała reszta świata to tylko martwa materia do eksploatacji.
Ale gdy tylko czytamy stare baśnie i historie, wygląda to zupełnie inaczej. Ludzie mają quasi-sakramentalną relację z otaczającym ich światem. Mam nadzieję, że opowiedzenie na nowo tych starych historii pomoże w odzyskaniu tego dawnego spojrzenia.
Jak godzi Pan wprowadzenie chrześcijańskiej symboliki Graala, która podkreśla Ciało i Krew Chrystusa, z niektórymi pogańskimi symbolami w arturiańskim legendarium?
Powiedziałbym, że w tym tkwi cały sens. Dlatego warto opowiadać tę historię.
Najwcześniejsze elementy legendarium, jakie posiadamy, mogą pochodzić z XII wieku, czyli około 600 lat po tym, jak rzekomo żył Artur. Jednak akcja toczy się w celtyckiej Brytanii, która w V lub VI wieku ma zostać poddana inwazjom anglosaskim.
W tym czasie chrześcijaństwo dotarło już na te wyspy. Nie mieliśmy jeszcze oficjalnej misji z Rzymu w 597 roku n.e., która wysłała Augustyna do Canterbury, ale z pewnością mieliśmy irlandzkich ewangelistów i biskupów, takich jak św. Kolumba, którzy przybywali i zakładali Ionę. Zatem chrześcijaństwo spotkało się z przedchrześcijańską, pogańską Brytanią celtycką.
Niesamowitą rzeczą w tych historiach, nawet opowiadanych setki lat później, jest to, że wyraźnie widzimy oba te elementy. Z jednej strony mamy Panią Jeziora i Merlina. Pani Jeziora jest ewidentnie lokalną boginią wody. Merlin wydaje się postacią quasi-druidyczną. A jednak historie te mają chrześcijańskie centrum, którym jest Graal.
W rzeczywistości w późniejszej, XV-wiecznej wersji Sir Thomasa Malory’ego jest niezwykły moment: kiedy cud miecza w kamieniu pojawia się przed kościołem katedralnym, dzieje się to podczas nabożeństwa w Boże Narodzenie. Muszą powstrzymywać wszystkich przed wybiegnięciem z kościoła, by zobaczyć ten cud. Następnie mamy rozmowę Merlina z arcybiskupem Canterbury o tym, co z tym zrobić i jak to przywoła nowego króla.
Wyraźnie widać zatem, że tłem historii jest właśnie spotkanie nowej, przemieniającej wszystko religii chrześcijańskiej z pamięcią o znacznie wcześniejszych opowieściach.
Jeśli szukacie biblijnego paradygmatu dla tego, co dzieje się w historiach arturiańskich, to myślę, że należy spojrzeć na 17. rozdział Dziejów Apostolskich, kiedy Paweł przybywa do Aten. W procesie nawracania Brytanii, o czym czytamy w Historii kościelnej narodu angielskiego Bedy Czcigodnego, chrześcijanie wykorzystywali istniejące w kulturze opowieści, aby nawiązać do tematu Ewangelii.
W legendarium arturiańskim istnieją wszelkiego rodzaju historie, które rezonują z motywami chrześcijańskimi, podobnie jak posąg nieznanego boga w Atenach. Historia Bolesnego Ciosu (Dolorous Blow) jest najważniejsza, ponieważ król i ziemia są ze sobą w jakiś sposób zaślubieni. Jeśli król umiera, umiera ziemia; ale jeśli król zmartwychwstaje, ziemia również powstaje. Chrześcijaństwo mówi, że powodem, dla którego Bóg stworzył wszechświat pełen małych śmierci i zmartwychwstań, jest to, że jeszcze przed początkiem czasu widział śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna.
Powodem, dla którego Bóg stworzył wszechświat pełen małych śmierci i zmartwychwstań, jest to, że jeszcze przed początkiem czasu widział śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna.
To są tego rodzaju opowieści, które współbrzmią z Wielką Historią Biblijną i które tylko w niej odnajdą swój sens. Zatem w sercu książki, którą napisałem, znajduje się historia związana z Graalem, która wyraźnie pamięta przedchrześcijański mit, ale w momencie, gdy ją słyszymy, została osadzona w bardzo wyraźnej chrześcijańskiej interpretacji.
Historie te opowiadano przede wszystkim po to, by ochrzcić pogańską wyobraźnię i owocnie przyprowadzić ją do Chrystusa, nie tracąc przy tym nic z jej piękna, ale jednocześnie dokonując radykalnego przemyślenia znaczenia tych wczesnych chrześcijańskich opowieści. Pomyślałem więc, że nadszedł czas, by ktoś zrobił to ponownie dla naszych czasów.
Czego, Pana zdaniem, dowiedzą się ludzie o Malcolmie Guite, gdy za 50 lat będą przeszukiwać internet?
Może moje „małe zaklęcia w bibliotece” – filmy na YouTube, które zacząłem publikować podczas lockdownu – wciąż tam będą, a w takim przypadku nie tyle chciałbym, żeby uczyli się o mnie, co dowiadywali się o innych ode mnie. Mam więc nadzieję, że zobaczą mnie czytającego Tolkiena, Lewisa, Keatsa i Shelleya. I być może dzięki mnie dotrą do tych znacznie większych autorów i poetów.
Szczerze mówiąc, wolałbym być drzwiami do szafy niż lustrem.
Ale jeśli ludzie w ogóle będą mnie pamiętać, mam nadzieję, że zapamiętają mnie jako księdza i poetę – a konkretnie jako chrześcijańskiego poetę w czasach, gdy zarówno chrześcijaństwo, jak i poezja były spychane na margines. Chciałem przywrócić je do centrum rzeczy.






